Auto maniak story


Zajmowanie się historią motoryzacji oraz to, co zazwyczaj idzie w parze, czyli kolekcjonerstwo to jedna z najbardziej niebezpiecznych moto-pasji. Niebezpiecznych, bo człowiek ogarnięty tą "tajemniczą chorobą" przestaje myśleć racjonalnie, traci poczucie czasu, nierzadko zapomina o jedzeniu, nie odczuwa zimna, nie szkodzi mu przebywanie w przesiąknietych smarami pomieszczeniach. Niestety ta przypadłość nie oszczędza sfery finansowej. Wiele ofiar całe swoje życie poświęciło swoim starym samochodom, często stawiając na szali losy swoich małżeństw. Pocieszające jest jednak to, że zaraźliwość tej przypadłości powoduje, że wściekłe z początku nasze kobiety z czasem zaczynają również, najpierw nieśmiało, ale powoli coraz bardziej podzielać nasze zainteresowania. O pełnym sukcesie możemy mówić gdy żona informuje nas , że znalazła ogłoszenie, że jest do sprzedania Jaguar E type i że koniecznie, ale to koniecznie musi go mieć. Jednak ku przestrodze należy tutaj przypomnieć znaną historię braci Schlumpf, bogatych francuskich przemysłowców, których wielką namiętnością były stare pojazdy. Ta namiętność przywiodła braci do bankructwa, ale pozostało muzeum i życiowa nauka......ale czy ktoś? z nas auto maniaków chce o tym słuchać?Początek przygody każdego z pasjonatów oldtimerów zaczyna się podobnie. Zupelnie przypadkiem trafia się gdzieś w szopie, na złomowisku, czy u wuja w garażu na coś, co zupełnie nie przypomina samochodu. Po zdekompletowanej ruinie chodzą kury, a wewnątrz nierzadko wygodę chwalą sobie króliki. Decyzja powinna być jedna.....dopłacić i wywieźć na złom. Ale okazuje się, że nie jest to takie proste. Zaczyna nas interesować stary kierunkowskaz. Okazuje się, że działa. O proszę, jak przetrzeć tablicę rozdzielczą, to spod pokładów kurzu wyłaniają się pięknie chromowane elementy. A ta statuetka na masce.......art. deco...przepiękna !!!. Ciekawe, czy silnik by jeszcze zapalił? Jeśli ktokolwiek zada sobie takie pytanie, to oznacza, że wpadł ......wpadł w bagno i od tej pory będzie się zapadał coraz bardziej. Ciekawość, zadziwienie się historią, ciekawymi rozwiązaniami technicznymi, będzie powodować, że już na zawsze staniemy się niewolnikami tego pojazdu, a potem następnego i następnego wbrew wszelkiej logice i rozsądkowi. Po latach okazuje się, że na wyremontowanie zgromadzonych samochodów potrzeba by jeszcze około 150 lat...ale nikt się nad tym nie zastanawia. Parę lat temu tropiąc pewne BMW poznaliśmy 93-letniego kolekcjonera z Piotrkowa Trybunalskiego, który pokazywał nam z dumą jeden ze swoich projektów: Triumpha sportowego roadstera, którego odrestaurowanie przy dużym szczęściu zajęłoby kilkanaście lat. Pan ten z rozwianym włosem i uduchowionym wyrazem twarzy rozsnuwał przed nami wizję, jak będzie tym samochodem jeździł................ Czy może być coś piękniejszego niż taka pasja i entuzjazm? Najciekawszą stroną tego hobby są poszukiwania. Każdy ze zbieraczy na wieść, że w miejscowości X ktoś słyszał, że 24 lata temu u pana Jurka stał taki to a taki pojazd, zrywa sie na równe nogi i nadstawia uszu. Wtedy zaczynają się pytania, tropienie, dowiadywanie się szczegółów, dziesiątki kilometrów przejechanych, aby kogoś poznać, kto "coś" słyszał. Emocje narastają, jak dowiadujemy się, że tego samego samochodu szuka ktoś jeszcze. A więc w gre zaczyna wchodzić czas. Uczucie jakie człowieka ogarnia, gdy w końcu zlokalizuje się upragniony obiekt, można pewnie porównać z uczuciem, które ogarnia zdobywcę szczytu. I choć realia są zgoła odmienne, bo na wspinacza czeka widok zapierający dech, natomiast auto-maniakowi staje na chwile serce w momencie otwierania skrzypiących drzwi, za którymi już za chwile ukaże się długo poszukiwany samochód, to satysfakcja na pewno jest porównywalna.. Kiedy już jesteśmy posiadaczami "skarbu" i przechodzi pierwsza fascynacja i euforia, zmuszeni jesteśmy pomyśleć o sposobie odrestaurowania pojazdu. Wielu początkujących zbieraczy wpada w pułapkę rozbierania. Rozebrać łatwo, trudniej poskładać....o tej prawdzie przekonało sie wielu z nas. Stąd często można natrafić na ogłoszenia o treści "sprzedam do poskładania..." Starzy wyjadacze komentują to wtedy krótko: "kolejny człowiek, któremu brakło wiedzy". Tak, śmiejemy się z własnych błędów, bo każdy jakieś auto rozebrał, a reszta ..mm ..... niech pozostanie milczeniem.
Tak czy owak samochód trzeba odrestaurować. Jeszcze pare lat temu restauracja była nie lada wyzwaniem. Każdą część trzeba było dorabiać z pomocą fachowców, którzy pamiętali, jak to się robi. Teraz jest lepiej, możemy już korzystać z usług zachodnich firm produkujących części dla pojazdów zabytkowych. Oczywiście dotyczy to samochodów seryjnych...bo oczywiście trudno się spodziewać, że kupi się oryginalną część do samochodu, którego produkcja ograniczała się do kilkuset sztuk.........oczywiście są wyjątki jak np. RR czy Bugatti.
Tak wtedy jak i dzisiaj jest jeszcze bariera finansowa, może teraz mniej dotkliwa, ale świadomość że np. za oryginalny zderzak musimy zapłacić tyle, ile daliśmy za cały samochód......studzi nasz zapał do zakupów. Zmieniają się czasy, zmieniają sie realia. Kiedyś wiele samochodów o ciekawej historii opuściło nielegalnie Polskę. Teraz dzięki zliberalizowanym przepisom samochody zabytkowe można sprowadzać. W ten sposób pojawiło się wiele ciekawych egzemplarzy.
Sądzę, jednak że pomimo te sprowadzone są w daleko lepszym stanie, czy w tak ważnej dla zbieraczy klasie oryginalności, to jednak te pojazdy, które zachowały się w kraju, przeszły ciężkie lata wojny i jeszcze gorsze dla samochodów przepisy z lat 60 i 70 z osławioną akcją "POSESJA", która spowodowała, że wiele pojazdów znalazlo się na złomie, to te, które jeszcze się zachowały są najciekawsze. Dlaczego ? Otóż samochód zabytkowy to nie tylko zespół części mechanicznych, to przede wszystkim historie ludzi, którzy go przez lata użytkowali. Dlatego samochód wyrwany z kontekstu historii staje się tylko eksponatem. Serce bardziej zabije nam na widok zdezelowanej Syrenki niż na widok pieknie odrestaurowanego RR. Zmiany dotyczą również tego, w jaki sposób przebiega odbudowa pojazdu.
Pare lat temu garstka zapaleńców ukrywała swe cuda przed kpiącym okiem posiadaczy Fiatów czy Ład, w piwnicach i garażach., jak również w swoich M. Pewnemu znajomemu udało się przechowywanie Mercedesa Kubusia właśnie w M-2. Złośliwi twierdzą, że żona się nie zorientowała co ma w domu. To są wspaniałe historie....Ponownie wpadam w lekko ironiczny ton wspominając o towarzyszkach życia automaniaków. A przecież to właśnie kobieta sprawiła, że historia motoryzacji potoczyła się tak a nie inaczej. Otóż kiedy w 1885 roku Karl Benz zbudował swój pierwszy prototyp, napotkał wiele trudności i co krok spotykał się z lekceważeniem i pogardą. Powoli zaczął poddawać się opinii "końskiego lobby" i już chciał zarzucić prace nad swoim wynalazkiem. Jednak żona Karla Benza kierując się jakąś intuicją nie chciała pozwolić na zaprzepaszczenie takiego wspaniałego wynalazku. Ta dzielna kobieta, pewnego dnia w sierpniu 1888 roku o świcie, co już samo w sobie jest sporym poświęceniem, dosiada wyśmiewanego przez wszystkich jednocylindrowego trójkołowca, który w zapomnieniu od lat stał w składziku państwa Benz. Na ekspedycję namawia swoich dwóch synów. I rozpoczęła się ta, jak się później okazało, historyczna podróż, przy której lot na księżyc był przewidywalną igraszką. Droga wiodła przez Wainheim, Heidelberg aż do Wiesloch, gdzie od przerażonego aptekarza pani Benz zażądała benzyny dla swojego bezkonnego pojazdu. Przejechała bowiem 60 kilometrów !!! Podróż można było kontynuować acz z przerwami na uzupełnianie wody w chłodnicy. Prawdopodobnie zużycie wody było większe niż benzyny. Nie uniknięto defektów, naciągały się pasy napędowe, co na bieżąco naprawiano. Awaria zapłonu mogła zakończyć podróż, gdyby nie pomysłowość Pani Berty, która wpada na pomysł zastąpienia izolacji podwiązką. Przewody paliwa czyściła ta niezwykła kobieta szpilką od kapelusza. Bardzo późno dotarto do końca podróży, miejscowości Pforzheim. Odległość 120 kilometrów to dystans, którego dotąd żaden wóz nie pokonał. Po paru dniach zespół wrócił do Mannheim, gdzie na swoją żonę i synów czekał szczęśliwy konstruktor, szczęśliwy, że jego wynalazek zdaje egzamin. Mógł sobie również pogratulować żony. Tak więc o pani Bercie Benz możemy bez przesady powiedzieć, że jest matką motoryzacji. W tym miejscu należy przypomnieć o "córce motoryzacji", a za taką trzeba uważać pannę Mercedes Jellinek. To imię córki bardzo zręcznego konstruktora i handlowca współpracującego z "Daimlerem" Emila Jellinka, będzie przez kolejne lata synonimem wspaniałego pojazdu. Z czasem wielu ludzi zapomniało, że MERCEDES to piękne imię żenskie, a nie tylko nazwa marki samochodu. Swoją drogą, cóż za niezwykłym pomysłem było zaproponowanie przez Pana Emila nazwanie nowego "Daimlera" imieniem żeńskim? Sukces handlowy zweryfikował tą ideę i tak imię to przylgnęło do samochodu. A więc "rodzina" w komplecie i możemy wrócić na nasze podwórko.......
W końcu lat 90 pojawiły się warsztaty, które specjalizują się w restaurowaniu pojazdów, i chociaż skala tego zjawiska nie dorównuje sytuacji w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, gdzie na potrzeby posiadaczy oldtimerów pracuje cały przemysł związany z tą branżą, to jednak i w tej dziedzinie powoli zbliżamy sie do Europy. Mamy w Polsce jeszcze wielu fachowców, którzy wiedzą i doświadczeniem cokolwiek wymuszonym latami poszukiwań rozwiązań zastępczych, spowodowanych powszechnymi brakami, o głowę przerastają swoich "rozpieszczonych" zachodnich kolegów. W naszym zakładzie pracuje kilku wybitnych znawców technik restauracji samochodów. Mistrzowskie popisy blacharstwa Pana Antoniego Howadka wzbudzały szczery podziw kolekcjonerów niemieckich i amerykańskich. Na temat umiejętności mistrza mechaniki pana Jerzego Centawera można by napisać książkę. Możemy więc dziś podjąć się restauracji pojazdu własnymi siłami, możemy również zlecić odbudowę pojazdu wyspecjalizowanym zakładom. O kosztach trudno mówić. Szacowanie, ile będzie kosztowała odbudowa, nie jest cechą prawdziwego kolekcjonera. Jak przeliczyć setki godzin przy dorabianiu z pozoru mało istotnego drobiazgu. Jak oszacować starania, aby zdobyć dokumentację. Każdy, kto zetknął się z problemami remontu oldtimera wie, że to praca nie do zapłacenia. Oczywiście to nie jest prawda do końca ,bo można kupić samochód, który takiego remontu nie wymaga, ale nigdy nie da on właścicielowi takiej satysfakcji, jak pojazd przy którego restauracji jego posiadacz sam uczestniczył. Być może powyższe twierdzenia trącą nieco zbędnym sentymentalizmem czy nadmierną egzaltacją. Ale sądzę, że takie poglądy podziela wielu prawdziwych pasjonatów.......czyli niepoprawnych marzycieli. Samochód gotowy do jazdy. Wielkie emocje. Jeszcze w uszach słyszymy pierwszy bulgotliwy odgłos silnika odpalonego po 40 latach. Toczymy się......wszystko jest nieco inne niż we współczesnych samochodach. Delektujemy się jazdą.
Tak to wspaniałe uczucie doświadczać tego, że dla naszych dziadków jazda samochodem to była przygoda, wyzwanie i ogromne emocje. Pędzi się bowiem 60 km/godz. Jazda samochodem typu otwartego to przeżycie które trudno opisać....tego trzeba spróbować. Wiatr we włosach, równa praca silnika ......bez komentarza. Zapraszamy na przejażdżkę !!!!!!!!!!!
Tylko powoli ! Żaden z prawdziwych pasjonatów nie zajeżdża swojego pupila. Do tego trzeba pamiętać, że takie samochody bywają niebezpieczne i że ówczesnym konstruktorom, bezpieczeństwo czynne i bierne nie spędzało snu z powiek.. Najbardziej chyba znaną ofiarą pewnej lekkomyślności była piekna tancerka Isadora Duncan. Podróżując sportowym Bugatti model 35 z 1924, nonszalancka dama owineła szyję powiewającym na wietrze szalem. Jeden jego koniec, wkręcił się w szprychowe koło, a szarpniecie okazało się tragiczne. Powiemy, cóż brawura i lekkomyślność, sam jednak nie uniknąłem takiej pułapki, choć z większym niż Isadora szczęściem. Wyjechałem na próbę po remoncie samochodem Cadillac Eldorado convertible 1971. Wóz się rozpędził, a wtedy zza tylnego siedzenia "wypłynęła" ogromna połać folii, która z prądem zasysającym pokryła przednie siedzenie, szczelnie mnie otulając. Zapewniam, że próby pozbycia się materii w rozpędzonym samochodzie miały wszelkie znamiona walki o życie. Po tej przygodzie, przypomniałem sobie kustosza Łańcuckiej powozowni opowiadającego, jak Pani Lubomirska nie gustując w końskim zapachu, zleciła odwrócenie budy powozowej. Efekt został osiągniety, konskich zadów nie było widać, ale powóz nie nadawał się do użytku, bowiem wspomniany powyżej efekt ssania powodował, że cały kurz i piasek z drogi lądował na podróżujących. Jak widać warto czerpać z doświadczeń innych, choć te, które doświadczamy na własnej skórze, są dalece bardziej dydaktyczne. Ale nie zawsze przyczyną przykrych przejść jest element ludzki. Bywają feralne samochody. Weźmy odkryty czerwony samochód, w którym w roku 1914 w Sarajewie zastrzelono arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, co zapoczątkowało pierwszą wojne światową. Późniejsze losy pojazdu obfitują w wypadki śmiertelne, zranienia i szaleństwo ich kolejnych właścicieli. Po zabójstwie Ferdynanda samochód przeszedł w ręce austriackiego Generała Potioreka, który zmarł w obłędzie po przegranej bitwie, kolejny właściciel zginął w wypadku w dziewięć dni po nabyciu samochodu. Gubernator Jugosławii stracił w nim rękę. Następny właściciel zginął w nim w wypadku, szwajcarski kierowca rajdowy został z niego wyrzucony na ścianę i zginął. W końcu zabójcza maszyna wylądowała w muzeum. Innym legendarnym fatalnym samochodem było Porsche, w którym zginął gwiazdor filmowy James Dean. Po wypadku samochód przewożono cieżarówką, kiedy zsunął się, połamał mechanikowi nogę. Ale na tym nie koniec. Silnik zamontowano w innym samochodzie, który rozbił się podczas wyścigu, zabijając kierowcę, drugi biorący w tym wyścigu samochód z przekładnią biegów przeniesioną z Porsche przekoziołkował raniąc kierowcę. Dwie opony Porsche przełożone na trzeci samochód pękły jednocześnie bez wyraźnej przyczyny. Karoseria wystawiona na pokaz na wystawie poświęconej bezpieczeństwu drogowemu, zsunęła się z platformy, łamiąc biodro pewnemu nastolatkowi. Ciężarówka przewożąca później karoserię na inna wystawę miała wypadek, w którym zginął kierowca, w innej przewożącej ją ciężarówce obluzował się hamulec ręczny i samochód wjechał w sklep. Na koniec w 1959 roku w Nowym Orleanie ustawiona na wspornikach karoseria rozpadła się na jedenaście kawałków.
Żadnemu z nas kolekcjonerów nie życzę spotkania z feralnym pojazdem, ale myślę, że nawet wiedza, iż mamy do czynienia z takimi dziwnymi zdarzeniami, nie zahamowałaby naszej pasji do posiadania takiego samochodu. Zresztą sami często nie wiemy, jakie dramatyczne historie związane są z naszym ulubieńcem. Bardzo ciekawym i pasjonującym aspektem kolekcjonerstwa jest szukanie śladów tzw. historii samochodu. Oczywiście stosunkowo proste, szczególnie w dobie Internetu jest zdobycie podstawowych informacji technicznych. Ale do wyjaśnienia pozostaje wiele innych zagadek. Wertuje się dlatego książki w poszukiwaniu informacji i zdjęć....grzebie sie w archiwaliach.......zdobywa filmy, na których przez moment widać nasz samochód. W ten sposób pojazd ożywa, a jego właściciel zaczyna funkcjonować zgodnie z duchem czasu, w jakim auto powstało. Powstaje nowa historia. Z posiadaniem samochodu zabytkowego wiążą się przygody oraz wiele mocnych przeżyć. Na piękno takiego samochodu rzadko kto pozostaje obojętny. Ciekawe jest to, że za takim samochodem ogląda sie staruszka i 5-letnie dziecko, które jeszcze nie bardzo rozumie, dlaczego na to właśnie auto zwróciło uwagę. Wyjaśnienie jest stosunkowo proste. Dawniej samochody różnych marek miały z daleka rozpoznawalny własny styl. Stylizacją, projektowaniem tych pojazdów zajmowali się wybitni artyści, również rzeźbiarze, malarze. Dlatego każdy taki pojazd to dzieło sztuki. To dzieło sztuki jedzie po ulicy, oddziaływuje na nasze zmysły harmonią kształtu, a nasza pamięć zaczyna produkować wspomnienia.......pamiętam, taki samochód miał w latach 50 wujek Willi z RFN, a tamtym jechałem do ślubu.......wspomnienia , wspomnienia.

Na pewnym zlocie w Będzinie, kiedy odjeżdżaliśmy, do naszego samochodu podeszła elegancka starsza pani. Bardzo powoli obeszła samochód, jakby czegoś szukała. Postała chwilę z boku, a gdy nasze spojrzenia się spotkały, zebrała sie na odwagę i zapytała, czy możemy ją podwieźć do domu. Byliśmy z żoną zupełnie zaskoczeni tą prośbą. Takie pytania zdarzają się ze strony dzieciaków, ale nie nobliwych pań. Zupełnie zaskoczeni zaprosiliśmy starszą panią do środka i pojechaliśmy w kierunku Sosnowca, tam bowiem mieszkała ta dama. Nasze zaskoczenie było całkowite, gdy nasza pasażerka zapytała, czy jest to samochód marki PONTIAC. Tak - odpowiedziałem - to Pontiac Silver Streak z 1938 roku. Wtedy nasz niezwykły gość zaczął opowieść. Był rok 1938 lub 1939. Szłam sobie jedną z sosnowieckich ulic, kiedy nagle podjechał duży ciemny samochód. Za kierownicą siedział Janek Kiepura, z którym znałam się z dzieciństwa. Chociaż minęło kilka lat, nie zmienił się wcale. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że jest tak bardzo sławny. Zaprosił mnie do samochodu, podwiózł do domu. Po drodze opowiadał właśnie o Pontiacu, którego kupił w Niemczech. Zapamiętałam, że samochód miał na masce głowę Indianina. Wspominaliśmy dawne czasy. To było tyle lat temu.......a teraz, kiedy zobaczyłam ten samochód.....wszystko wróciło. Dojechaliśmy na miejsce. Starsza pani wysiadła z ogromną gracją i podziękowała, mówiąc, że było to dla niej wspaniałe przeżycie. Wcisnąłem jej numer telefonu i prosiłem, żeby zadzwoniła i umówiła się na nastepną przejażdżkę. Niestety więcej się nie zobaczyliśmy. Oczywiscie to niezwykłe zdarzenie zainspirowało mnie do poszukiwań. Odnalazłem w Krakowie powojennego właściciela samochodu : Pana Krawca. On niestety nie pamiętał, od kogo samochód został kupiony, natomiast przypomniał sobie, że było to właśnie w Sosnowcu. Ile jeszcze zagadek jest do wyjaśnienia, ile opowiesci jest zawartych w losach tych historycznych samochodów........kolega kolekcjoner z Kielc w takich sytuacjach cedzi przez zęby: "żeby te fotele umiały mówić..........."
Prześledziliśmy drogę, którą przebywa każdy kolekcjoner. Od pierwszego spotkania, zauroczenia, poprzez kłopoty związane z remontem, aż do paradnych przejażdżek i ciekawych przygód. Jest taki moment w życiu każdego zbieracza, że chciałby podzielić się swoimi osiągnięciami i doświadczeniem z innymi zainteresowanymi problematyką starej motoryzacji. A więc pora stworzyć muzeum. W Europie roi się od mniejszych i większych ekspozycji. W USA również nie brakuje pasjonatów, a cała historyczna trasa 66 to jedno nieustające ciągnące się muzeum od Chicago aż do Los Angeles. W Polsce niewiele jest miejsc, gdzie można zapoznać się z moto zabytkami. Na śląsku mamy znakomite Centralne Muzeum Pożarnictwa, z którego zbiorami powinien zapoznać się każdy. Jest też interesujące muzeum Automobilklubu śląskiego w Zabrzu prowadzone przez Pana Arendarczyka. My również myślimy o zorganizowaniu stałej ekspozycji samochodów zabytkowych. Rozpoczęły się prace adaptacyjne byłego kina PIAST, gdzie powstanie jeszcze w tym roku mini muzeum. Trwają również rozmowy z władzami miasta Zabrze w sprawie przejścia na potrzeby muzeum motoryzacji, zabytkowej wieży ciśnień. Pasjonaci zabytkowych pojazdów nigdzie nie są wolni od swojego nałogu. Wybieramy się do kina na kultowy film "Buena vista social club" i stajemy się świadkiem popisów rewelacyjnych kubańskich muzyków i wychodzimy z kina ze wspomnieniem wspaniałych amerykańskich samochodów z lat 50, które są charakterystycznym elementem Hawany. Wiele filmów to wspomnienie nie tylko doskonałych aktorów ale i samochodów, tak więc, niezapomniane sekwencje z "Okruchów życia"/Alfa Romeo Giulietta Sprint/, Thelma i Luisa /Ford Thunderbird/, Noc amerykańska/Triumph Vitesse/, Taksówkarz /Checker/, czy chociażby poczciwy porucznik Colombo i jego zdezelowany Peugeot /w rzadkiej odmianie convertible/ i tak bez końca......Podróżując wpadamy do muzeum Dalego w Figueras i jesteśmy rzecz jasna powaleni wizjami tego natchnionego surrealisty, ale zapamiętujemy instalacje "Dżdżysta taksówka" wymyślona przez Dalego rzeźba to rzeczywisty samochód, w którym siedzą pasażerowie zalewani przez deszcz płynący z przemyślnie umieszczonych rur. W muzeum malarstwa napotykamy i oczywiście zwracamy szczególną uwage na prace Giacomo Balla, którego interesował problem plastycznego wyrażania ruchu i dlatego samochód był częstym elementem kompozycyjnym obrazu. Tuż obok praca Andy Warhola...i znowu inspiracja samochodem. Lempicka, Kossak ... i wciąż samochody.


Salvador Dali "L'automobile habillee" 1941

Fotografia to temat tak nieodłącznie związany z pięknymi samochodami jak z kobiecym aktem. To drugi dyżurny temat każdego artysty fotografa. Literatura piękna to również kopalnia wiedzy o " naszych " samochodach, oraz o stosunku naszych pradziadków do problemów motoryzacji. Przytoczę dwa literackie samochodowe reminiscencje. Kornel Makuszyński tak pisze...........

......."Można się gonić z wiatrem w polu. Można lecieć opętanym lotem, a poza sobą pozostawiać wylatujące z głowy czarne i dręczące troski, przepadające w tumanie kurzu. Można wyładować z burzliwego serca gniew i wściekłość, można uciec od plotkarzy, od kobiet, od piszących wiersze, od kiepskich sztuk w teatrze, od szachrajstw i krętactw, od posiedzeń i czarnych kaw, od biadań i narzekań, od gazet i od kawiarni. Można uciec od wszystkiego...na sto milonów Fordów. To jest piękne.....można mieć automobil - właściwie trzeba mieć automobil............stukonny i wiać na złamanie karku ....".

Dołęga - Mostowicz dokonuje znowu takiej analizy porównawczej......

" Z kupnem samochodu jest prawie tak , jak z małżeństwem. Kto nie chce mieć kłopotu, bierze wóz nowy, solidnej marki, niczym "pannę bez przeszłości", z dobrego domu. Karoseria ładna, linia bez zarzutu, gang dźwięczny, zapłon działa wybornie, luzu w kierownicy ani śladu, no i kompresja oczywiście pierwsza klasa. Ludzie przezorni nie kupują nowych wozów i nie żenią się z pannami. Nie lubią kota w worku. Wolą samochody używane. Przystępując do rzeczy systematycznie, należy podzielić je na trzy kategorie: auta wdowy, auta rozwódki i auta złego prowadzenia.

MORAŁ ?..........................służę: unikajcie kobiet lekkich obyczajów, rozwódek, wdów i panien bez przeszłości. Z tym spokojniejszym sumieniem kończę tym morałem, iż wiem, że nie było jeszcze na świecie morału, który by kogokolwiek odstraszył od kobiety czy auta. Każdy urlop czy wycieczka planowana jest pod kątem możliwości zobaczenia lokalnych ekspozycji motoryzacyjnych. Niespodziewanie spotkany na drodze zabytkowy samochód często odmienia zamierzoną trasę podróży. Czy to wszystko jest normalne ???
To wszystko razem świadczy, jak bardzo zmienia się życie człowieka który zafascynuje się historią motoryzacji. Odpowiedzialnie należy więc ostrzec przed uleganiem tej fascynacji.......ale z drugiej strony , prosze popatrzeć na ten samochód to klasyczny amerykanin rok 1960 seria 62 ..czyż można mu nie ulec ??????