Zajmowanie się
historią motoryzacji oraz to, co zazwyczaj idzie
w parze, czyli kolekcjonerstwo to jedna z
najbardziej niebezpiecznych moto-pasji.
Niebezpiecznych, bo człowiek ogarnięty tą
"tajemniczą chorobą" przestaje
myśleć racjonalnie, traci poczucie czasu,
nierzadko zapomina o jedzeniu, nie odczuwa zimna,
nie szkodzi mu przebywanie w przesiąknietych
smarami pomieszczeniach. Niestety ta
przypadłość nie oszczędza sfery finansowej.
Wiele ofiar całe swoje życie poświęciło
swoim starym samochodom, często stawiając na
szali losy swoich małżeństw. Pocieszające
jest jednak to, że zaraźliwość tej
przypadłości powoduje, że wściekłe z
początku nasze kobiety z czasem zaczynają
również, najpierw nieśmiało, ale powoli coraz
bardziej podzielać nasze zainteresowania. O
pełnym sukcesie możemy mówić gdy żona
informuje nas , że znalazła ogłoszenie, że
jest do sprzedania Jaguar E type i że
koniecznie, ale to koniecznie musi go mieć.
Jednak ku przestrodze należy tutaj przypomnieć
znaną historię braci Schlumpf, bogatych
francuskich przemysłowców, których wielką
namiętnością były stare pojazdy. Ta
namiętność przywiodła braci do bankructwa,
ale pozostało muzeum i życiowa nauka......ale
czy ktoś? z nas auto maniaków chce o tym
słuchać?Początek przygody każdego z
pasjonatów oldtimerów zaczyna się podobnie.
Zupelnie przypadkiem trafia się gdzieś w
szopie, na złomowisku, czy u wuja w garażu na
coś, co zupełnie nie przypomina samochodu. Po
zdekompletowanej ruinie chodzą kury, a wewnątrz
nierzadko wygodę chwalą sobie króliki. Decyzja
powinna być jedna.....dopłacić i wywieźć na
złom. Ale okazuje się, że nie jest to takie
proste. Zaczyna nas interesować stary
kierunkowskaz. Okazuje się, że działa. O
proszę, jak przetrzeć tablicę rozdzielczą, to
spod pokładów kurzu wyłaniają się pięknie
chromowane elementy. A ta statuetka na
masce.......art. deco...przepiękna !!!. Ciekawe,
czy silnik by jeszcze zapalił? Jeśli ktokolwiek
zada sobie takie pytanie, to oznacza, że wpadł
......wpadł w bagno i od tej pory będzie się
zapadał coraz bardziej. Ciekawość, zadziwienie
się historią, ciekawymi rozwiązaniami
technicznymi, będzie powodować, że już na
zawsze staniemy się niewolnikami tego pojazdu, a
potem następnego i następnego wbrew wszelkiej
logice i rozsądkowi. Po latach okazuje się, że
na wyremontowanie zgromadzonych samochodów
potrzeba by jeszcze około 150 lat...ale nikt
się nad tym nie zastanawia. Parę lat temu
tropiąc pewne BMW poznaliśmy 93-letniego
kolekcjonera z Piotrkowa Trybunalskiego, który
pokazywał nam z dumą jeden ze swoich
projektów: Triumpha sportowego roadstera,
którego odrestaurowanie przy dużym szczęściu
zajęłoby kilkanaście lat. Pan ten z rozwianym
włosem i uduchowionym wyrazem twarzy rozsnuwał
przed nami wizję, jak będzie tym samochodem
jeździł................ Czy może być coś
piękniejszego niż taka pasja i entuzjazm?
Najciekawszą stroną tego hobby są
poszukiwania. Każdy ze zbieraczy na wieść, że
w miejscowości X ktoś słyszał, że 24 lata
temu u pana Jurka stał taki to a taki pojazd,
zrywa sie na równe nogi i nadstawia uszu. Wtedy
zaczynają się pytania, tropienie, dowiadywanie
się szczegółów, dziesiątki kilometrów
przejechanych, aby kogoś poznać, kto
"coś" słyszał. Emocje narastają,
jak dowiadujemy się, że tego samego samochodu
szuka ktoś jeszcze. A więc w gre zaczyna
wchodzić czas. Uczucie jakie człowieka ogarnia,
gdy w końcu zlokalizuje się upragniony obiekt,
można pewnie porównać z uczuciem, które
ogarnia zdobywcę szczytu. I choć realia są
zgoła odmienne, bo na wspinacza czeka widok
zapierający dech, natomiast auto-maniakowi staje
na chwile serce w momencie otwierania
skrzypiących drzwi, za którymi już za chwile
ukaże się długo poszukiwany samochód, to
satysfakcja na pewno jest porównywalna.. Kiedy
już jesteśmy posiadaczami "skarbu" i
przechodzi pierwsza fascynacja i euforia,
zmuszeni jesteśmy pomyśleć o sposobie
odrestaurowania pojazdu. Wielu początkujących
zbieraczy wpada w pułapkę rozbierania.
Rozebrać łatwo, trudniej poskładać....o tej
prawdzie przekonało sie wielu z nas. Stąd
często można natrafić na ogłoszenia o treści
"sprzedam do poskładania..." Starzy
wyjadacze komentują to wtedy krótko:
"kolejny człowiek, któremu brakło
wiedzy". Tak, śmiejemy się z własnych
błędów, bo każdy jakieś auto rozebrał, a
reszta ..mm ..... niech pozostanie milczeniem.
Tak czy owak samochód trzeba odrestaurować.
Jeszcze pare lat temu restauracja była nie lada
wyzwaniem. Każdą część trzeba było
dorabiać z pomocą fachowców, którzy
pamiętali, jak to się robi. Teraz jest lepiej,
możemy już korzystać z usług zachodnich firm
produkujących części dla pojazdów
zabytkowych. Oczywiście dotyczy to samochodów
seryjnych...bo oczywiście trudno się
spodziewać, że kupi się oryginalną część
do samochodu, którego produkcja ograniczała
się do kilkuset sztuk.........oczywiście są
wyjątki jak np. RR czy Bugatti.
Tak wtedy jak i dzisiaj jest jeszcze bariera
finansowa, może teraz mniej dotkliwa, ale
świadomość że np. za oryginalny zderzak
musimy zapłacić tyle, ile daliśmy za cały
samochód......studzi nasz zapał do zakupów.
Zmieniają się czasy, zmieniają sie realia.
Kiedyś wiele samochodów o ciekawej historii
opuściło nielegalnie Polskę. Teraz dzięki
zliberalizowanym przepisom samochody zabytkowe
można sprowadzać. W ten sposób pojawiło się
wiele ciekawych egzemplarzy.
Sądzę, jednak że pomimo te sprowadzone są w
daleko lepszym stanie, czy w tak ważnej dla
zbieraczy klasie oryginalności, to jednak te
pojazdy, które zachowały się w kraju,
przeszły ciężkie lata wojny i jeszcze gorsze
dla samochodów przepisy z lat 60 i 70 z
osławioną akcją "POSESJA", która
spowodowała, że wiele pojazdów znalazlo się
na złomie, to te, które jeszcze się zachowały
są najciekawsze. Dlaczego ? Otóż samochód
zabytkowy to nie tylko zespół części
mechanicznych, to przede wszystkim historie
ludzi, którzy go przez lata użytkowali. Dlatego
samochód wyrwany z kontekstu historii staje się
tylko eksponatem. Serce bardziej zabije nam na
widok zdezelowanej Syrenki niż na widok pieknie
odrestaurowanego RR. Zmiany dotyczą również
tego, w jaki sposób przebiega odbudowa pojazdu.
Pare lat temu garstka zapaleńców ukrywała swe
cuda przed kpiącym okiem posiadaczy Fiatów czy
Ład, w piwnicach i garażach., jak również w
swoich M. Pewnemu znajomemu udało się
przechowywanie Mercedesa Kubusia właśnie w M-2.
Złośliwi twierdzą, że żona się nie
zorientowała co ma w domu. To są wspaniałe
historie....Ponownie wpadam w lekko ironiczny ton
wspominając o towarzyszkach życia
automaniaków. A przecież to właśnie kobieta
sprawiła, że historia motoryzacji potoczyła
się tak a nie inaczej. Otóż kiedy w 1885 roku
Karl Benz zbudował swój pierwszy prototyp,
napotkał wiele trudności i co krok spotykał
się z lekceważeniem i pogardą. Powoli zaczął
poddawać się opinii "końskiego
lobby" i już chciał zarzucić prace nad
swoim wynalazkiem. Jednak żona Karla Benza
kierując się jakąś intuicją nie chciała
pozwolić na zaprzepaszczenie takiego
wspaniałego wynalazku. Ta dzielna kobieta,
pewnego dnia w sierpniu 1888 roku o świcie, co
już samo w sobie jest sporym poświęceniem,
dosiada wyśmiewanego przez wszystkich
jednocylindrowego trójkołowca, który w
zapomnieniu od lat stał w składziku państwa
Benz. Na ekspedycję namawia swoich dwóch
synów. I rozpoczęła się ta, jak się
później okazało, historyczna podróż, przy
której lot na księżyc był przewidywalną
igraszką. Droga wiodła przez Wainheim,
Heidelberg aż do Wiesloch, gdzie od
przerażonego aptekarza pani Benz zażądała
benzyny dla swojego bezkonnego pojazdu.
Przejechała bowiem 60 kilometrów !!! Podróż
można było kontynuować acz z przerwami na
uzupełnianie wody w chłodnicy. Prawdopodobnie
zużycie wody było większe niż benzyny. Nie
uniknięto defektów, naciągały się pasy
napędowe, co na bieżąco naprawiano. Awaria
zapłonu mogła zakończyć podróż, gdyby nie
pomysłowość Pani Berty, która wpada na
pomysł zastąpienia izolacji podwiązką.
Przewody paliwa czyściła ta niezwykła kobieta
szpilką od kapelusza. Bardzo późno dotarto do
końca podróży, miejscowości Pforzheim.
Odległość 120 kilometrów to dystans, którego
dotąd żaden wóz nie pokonał. Po paru dniach
zespół wrócił do Mannheim, gdzie na swoją
żonę i synów czekał szczęśliwy konstruktor,
szczęśliwy, że jego wynalazek zdaje egzamin.
Mógł sobie również pogratulować żony. Tak
więc o pani Bercie Benz możemy bez przesady
powiedzieć, że jest matką motoryzacji. W tym
miejscu należy przypomnieć o "córce
motoryzacji", a za taką trzeba uważać
pannę Mercedes Jellinek. To imię córki bardzo
zręcznego konstruktora i handlowca
współpracującego z "Daimlerem" Emila
Jellinka, będzie przez kolejne lata synonimem
wspaniałego pojazdu. Z czasem wielu ludzi
zapomniało, że MERCEDES to piękne imię
żenskie, a nie tylko nazwa marki samochodu.
Swoją drogą, cóż za niezwykłym pomysłem
było zaproponowanie przez Pana Emila nazwanie
nowego "Daimlera" imieniem żeńskim?
Sukces handlowy zweryfikował tą ideę i tak
imię to przylgnęło do samochodu. A więc
"rodzina" w komplecie i możemy
wrócić na nasze podwórko.......
W końcu lat 90 pojawiły się warsztaty, które
specjalizują się w restaurowaniu pojazdów, i
chociaż skala tego zjawiska nie dorównuje
sytuacji w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, gdzie
na potrzeby posiadaczy oldtimerów pracuje cały
przemysł związany z tą branżą, to jednak i w
tej dziedzinie powoli zbliżamy sie do Europy.
Mamy w Polsce jeszcze wielu fachowców, którzy
wiedzą i doświadczeniem cokolwiek wymuszonym
latami poszukiwań rozwiązań zastępczych,
spowodowanych powszechnymi brakami, o głowę
przerastają swoich "rozpieszczonych"
zachodnich kolegów. W naszym zakładzie pracuje
kilku wybitnych znawców technik restauracji
samochodów. Mistrzowskie popisy blacharstwa Pana
Antoniego Howadka wzbudzały szczery podziw
kolekcjonerów niemieckich i amerykańskich. Na
temat umiejętności mistrza mechaniki pana
Jerzego Centawera można by napisać książkę.
Możemy więc dziś podjąć się restauracji
pojazdu własnymi siłami, możemy również
zlecić odbudowę pojazdu wyspecjalizowanym
zakładom. O kosztach trudno mówić. Szacowanie,
ile będzie kosztowała odbudowa, nie jest cechą
prawdziwego kolekcjonera. Jak przeliczyć setki
godzin przy dorabianiu z pozoru mało istotnego
drobiazgu. Jak oszacować starania, aby zdobyć
dokumentację. Każdy, kto zetknął się z
problemami remontu oldtimera wie, że to praca
nie do zapłacenia. Oczywiście to nie jest
prawda do końca ,bo można kupić samochód,
który takiego remontu nie wymaga, ale nigdy nie
da on właścicielowi takiej satysfakcji, jak
pojazd przy którego restauracji jego posiadacz
sam uczestniczył. Być może powyższe
twierdzenia trącą nieco zbędnym
sentymentalizmem czy nadmierną egzaltacją. Ale
sądzę, że takie poglądy podziela wielu
prawdziwych pasjonatów.......czyli niepoprawnych
marzycieli. Samochód gotowy do jazdy. Wielkie
emocje. Jeszcze w uszach słyszymy pierwszy
bulgotliwy odgłos silnika odpalonego po 40
latach. Toczymy się......wszystko jest nieco
inne niż we współczesnych samochodach.
Delektujemy się jazdą.
Tak to wspaniałe uczucie doświadczać tego, że
dla naszych dziadków jazda samochodem to była
przygoda, wyzwanie i ogromne emocje. Pędzi się
bowiem 60 km/godz. Jazda samochodem typu
otwartego to przeżycie które trudno
opisać....tego trzeba spróbować. Wiatr we
włosach, równa praca silnika ......bez
komentarza. Zapraszamy na przejażdżkę
!!!!!!!!!!!
Tylko powoli ! Żaden z prawdziwych pasjonatów
nie zajeżdża swojego pupila. Do tego trzeba
pamiętać, że takie samochody bywają
niebezpieczne i że ówczesnym konstruktorom,
bezpieczeństwo czynne i bierne nie spędzało
snu z powiek.. Najbardziej chyba znaną ofiarą
pewnej lekkomyślności była piekna tancerka
Isadora Duncan. Podróżując sportowym Bugatti
model 35 z 1924, nonszalancka dama owineła
szyję powiewającym na wietrze szalem. Jeden
jego koniec, wkręcił się w szprychowe koło, a
szarpniecie okazało się tragiczne. Powiemy,
cóż brawura i lekkomyślność, sam jednak nie
uniknąłem takiej pułapki, choć z większym
niż Isadora szczęściem. Wyjechałem na próbę
po remoncie samochodem Cadillac Eldorado
convertible 1971. Wóz się rozpędził, a wtedy
zza tylnego siedzenia "wypłynęła"
ogromna połać folii, która z prądem
zasysającym pokryła przednie siedzenie,
szczelnie mnie otulając. Zapewniam, że próby
pozbycia się materii w rozpędzonym samochodzie
miały wszelkie znamiona walki o życie. Po tej
przygodzie, przypomniałem sobie kustosza
Łańcuckiej powozowni opowiadającego, jak Pani
Lubomirska nie gustując w końskim zapachu,
zleciła odwrócenie budy powozowej. Efekt
został osiągniety, konskich zadów nie było
widać, ale powóz nie nadawał się do użytku,
bowiem wspomniany powyżej efekt ssania
powodował, że cały kurz i piasek z drogi
lądował na podróżujących. Jak widać warto
czerpać z doświadczeń innych, choć te, które
doświadczamy na własnej skórze, są dalece
bardziej dydaktyczne. Ale nie zawsze przyczyną
przykrych przejść jest element ludzki. Bywają
feralne samochody. Weźmy odkryty czerwony
samochód, w którym w roku 1914 w Sarajewie
zastrzelono arcyksięcia Franciszka Ferdynanda,
co zapoczątkowało pierwszą wojne światową.
Późniejsze losy pojazdu obfitują w wypadki
śmiertelne, zranienia i szaleństwo ich
kolejnych właścicieli. Po zabójstwie
Ferdynanda samochód przeszedł w ręce
austriackiego Generała Potioreka, który zmarł
w obłędzie po przegranej bitwie, kolejny
właściciel zginął w wypadku w dziewięć dni
po nabyciu samochodu. Gubernator Jugosławii
stracił w nim rękę. Następny właściciel
zginął w nim w wypadku, szwajcarski kierowca
rajdowy został z niego wyrzucony na ścianę i
zginął. W końcu zabójcza maszyna wylądowała
w muzeum. Innym legendarnym fatalnym samochodem
było Porsche, w którym zginął gwiazdor
filmowy James Dean. Po wypadku samochód
przewożono cieżarówką, kiedy zsunął się,
połamał mechanikowi nogę. Ale na tym nie
koniec. Silnik zamontowano w innym samochodzie,
który rozbił się podczas wyścigu, zabijając
kierowcę, drugi biorący w tym wyścigu
samochód z przekładnią biegów przeniesioną z
Porsche przekoziołkował raniąc kierowcę. Dwie
opony Porsche przełożone na trzeci samochód
pękły jednocześnie bez wyraźnej przyczyny.
Karoseria wystawiona na pokaz na wystawie
poświęconej bezpieczeństwu drogowemu,
zsunęła się z platformy, łamiąc biodro
pewnemu nastolatkowi. Ciężarówka przewożąca
później karoserię na inna wystawę miała
wypadek, w którym zginął kierowca, w innej
przewożącej ją ciężarówce obluzował się
hamulec ręczny i samochód wjechał w sklep. Na
koniec w 1959 roku w Nowym Orleanie ustawiona na
wspornikach karoseria rozpadła się na
jedenaście kawałków.
Żadnemu z nas kolekcjonerów nie życzę
spotkania z feralnym pojazdem, ale myślę, że
nawet wiedza, iż mamy do czynienia z takimi
dziwnymi zdarzeniami, nie zahamowałaby naszej
pasji do posiadania takiego samochodu. Zresztą
sami często nie wiemy, jakie dramatyczne
historie związane są z naszym ulubieńcem.
Bardzo ciekawym i pasjonującym aspektem
kolekcjonerstwa jest szukanie śladów tzw.
historii samochodu. Oczywiście stosunkowo
proste, szczególnie w dobie Internetu jest
zdobycie podstawowych informacji technicznych.
Ale do wyjaśnienia pozostaje wiele innych
zagadek. Wertuje się dlatego książki w
poszukiwaniu informacji i zdjęć....grzebie sie
w archiwaliach.......zdobywa filmy, na których
przez moment widać nasz samochód. W ten sposób
pojazd ożywa, a jego właściciel zaczyna
funkcjonować zgodnie z duchem czasu, w jakim
auto powstało. Powstaje nowa historia. Z
posiadaniem samochodu zabytkowego wiążą się
przygody oraz wiele mocnych przeżyć. Na piękno
takiego samochodu rzadko kto pozostaje obojętny.
Ciekawe jest to, że za takim samochodem ogląda
sie staruszka i 5-letnie dziecko, które jeszcze
nie bardzo rozumie, dlaczego na to właśnie auto
zwróciło uwagę. Wyjaśnienie jest stosunkowo
proste. Dawniej samochody różnych marek miały
z daleka rozpoznawalny własny styl. Stylizacją,
projektowaniem tych pojazdów zajmowali się
wybitni artyści, również rzeźbiarze, malarze.
Dlatego każdy taki pojazd to dzieło sztuki. To
dzieło sztuki jedzie po ulicy, oddziaływuje na
nasze zmysły harmonią kształtu, a nasza
pamięć zaczyna produkować
wspomnienia.......pamiętam, taki samochód miał
w latach 50 wujek Willi z RFN, a tamtym jechałem
do ślubu.......wspomnienia , wspomnienia.
Na pewnym zlocie w Będzinie, kiedy
odjeżdżaliśmy, do naszego samochodu podeszła
elegancka starsza pani. Bardzo powoli obeszła
samochód, jakby czegoś szukała. Postała
chwilę z boku, a gdy nasze spojrzenia się
spotkały, zebrała sie na odwagę i zapytała,
czy możemy ją podwieźć do domu. Byliśmy z
żoną zupełnie zaskoczeni tą prośbą. Takie
pytania zdarzają się ze strony dzieciaków, ale
nie nobliwych pań. Zupełnie zaskoczeni
zaprosiliśmy starszą panią do środka i
pojechaliśmy w kierunku Sosnowca, tam bowiem
mieszkała ta dama. Nasze zaskoczenie było
całkowite, gdy nasza pasażerka zapytała, czy
jest to samochód marki PONTIAC. Tak -
odpowiedziałem - to Pontiac Silver Streak z 1938
roku. Wtedy nasz niezwykły gość zaczął
opowieść. Był rok 1938 lub 1939. Szłam sobie
jedną z sosnowieckich ulic, kiedy nagle
podjechał duży ciemny samochód. Za kierownicą
siedział Janek Kiepura, z którym znałam się z
dzieciństwa. Chociaż minęło kilka lat, nie
zmienił się wcale. Wtedy nie zdawałam sobie
sprawy, że jest tak bardzo sławny. Zaprosił
mnie do samochodu, podwiózł do domu. Po drodze
opowiadał właśnie o Pontiacu, którego kupił
w Niemczech. Zapamiętałam, że samochód miał
na masce głowę Indianina. Wspominaliśmy dawne
czasy. To było tyle lat temu.......a teraz,
kiedy zobaczyłam ten samochód.....wszystko
wróciło. Dojechaliśmy na miejsce. Starsza pani
wysiadła z ogromną gracją i podziękowała,
mówiąc, że było to dla niej wspaniałe
przeżycie. Wcisnąłem jej numer telefonu i
prosiłem, żeby zadzwoniła i umówiła się na
nastepną przejażdżkę. Niestety więcej się
nie zobaczyliśmy. Oczywiscie to niezwykłe
zdarzenie zainspirowało mnie do poszukiwań.
Odnalazłem w Krakowie powojennego właściciela
samochodu : Pana Krawca. On niestety nie
pamiętał, od kogo samochód został kupiony,
natomiast przypomniał sobie, że było to
właśnie w Sosnowcu. Ile jeszcze zagadek jest do
wyjaśnienia, ile opowiesci jest zawartych w
losach tych historycznych
samochodów........kolega kolekcjoner z Kielc w
takich sytuacjach cedzi przez zęby: "żeby
te fotele umiały mówić..........."
Prześledziliśmy drogę, którą przebywa każdy
kolekcjoner. Od pierwszego spotkania,
zauroczenia, poprzez kłopoty związane z
remontem, aż do paradnych przejażdżek i
ciekawych przygód. Jest taki moment w życiu
każdego zbieracza, że chciałby podzielić się
swoimi osiągnięciami i doświadczeniem z innymi
zainteresowanymi problematyką starej
motoryzacji. A więc pora stworzyć muzeum. W
Europie roi się od mniejszych i większych
ekspozycji. W USA również nie brakuje
pasjonatów, a cała historyczna trasa 66 to
jedno nieustające ciągnące się muzeum od
Chicago aż do Los Angeles. W Polsce niewiele
jest miejsc, gdzie można zapoznać się z moto
zabytkami. Na śląsku mamy znakomite Centralne
Muzeum Pożarnictwa, z którego zbiorami powinien
zapoznać się każdy. Jest też interesujące
muzeum Automobilklubu śląskiego w Zabrzu
prowadzone przez Pana Arendarczyka. My również
myślimy o zorganizowaniu stałej ekspozycji
samochodów zabytkowych. Rozpoczęły się prace
adaptacyjne byłego kina PIAST, gdzie powstanie
jeszcze w tym roku mini muzeum. Trwają również
rozmowy z władzami miasta Zabrze w sprawie
przejścia na potrzeby muzeum motoryzacji,
zabytkowej wieży ciśnień. Pasjonaci
zabytkowych pojazdów nigdzie nie są wolni od
swojego nałogu. Wybieramy się do kina na
kultowy film "Buena vista social club"
i stajemy się świadkiem popisów rewelacyjnych
kubańskich muzyków i wychodzimy z kina ze
wspomnieniem wspaniałych amerykańskich
samochodów z lat 50, które są
charakterystycznym elementem Hawany. Wiele
filmów to wspomnienie nie tylko doskonałych
aktorów ale i samochodów, tak więc,
niezapomniane sekwencje z "Okruchów
życia"/Alfa Romeo Giulietta Sprint/, Thelma
i Luisa /Ford Thunderbird/, Noc
amerykańska/Triumph Vitesse/, Taksówkarz
/Checker/, czy chociażby poczciwy porucznik
Colombo i jego zdezelowany Peugeot /w rzadkiej
odmianie convertible/ i tak bez
końca......Podróżując wpadamy do muzeum
Dalego w Figueras i jesteśmy rzecz jasna
powaleni wizjami tego natchnionego surrealisty,
ale zapamiętujemy instalacje "Dżdżysta
taksówka" wymyślona przez Dalego rzeźba
to rzeczywisty samochód, w którym siedzą
pasażerowie zalewani przez deszcz płynący z
przemyślnie umieszczonych rur. W muzeum
malarstwa napotykamy i oczywiście zwracamy
szczególną uwage na prace Giacomo Balla,
którego interesował problem plastycznego
wyrażania ruchu i dlatego samochód był
częstym elementem kompozycyjnym obrazu. Tuż
obok praca Andy Warhola...i znowu inspiracja
samochodem. Lempicka, Kossak ... i wciąż
samochody.
 
Salvador Dali
"L'automobile habillee" 1941
Fotografia to temat tak
nieodłącznie związany z pięknymi samochodami
jak z kobiecym aktem. To drugi dyżurny temat
każdego artysty fotografa. Literatura piękna to
również kopalnia wiedzy o " naszych "
samochodach, oraz o stosunku naszych pradziadków
do problemów motoryzacji. Przytoczę dwa
literackie samochodowe reminiscencje. Kornel
Makuszyński tak pisze...........
......."Można się gonić z wiatrem w polu.
Można lecieć opętanym lotem, a poza sobą
pozostawiać wylatujące z głowy czarne i
dręczące troski, przepadające w tumanie kurzu.
Można wyładować z burzliwego serca gniew i
wściekłość, można uciec od plotkarzy, od
kobiet, od piszących wiersze, od kiepskich sztuk
w teatrze, od szachrajstw i krętactw, od
posiedzeń i czarnych kaw, od biadań i
narzekań, od gazet i od kawiarni. Można uciec
od wszystkiego...na sto milonów Fordów. To jest
piękne.....można mieć automobil - właściwie
trzeba mieć automobil............stukonny i
wiać na złamanie karku ....".
Dołęga - Mostowicz dokonuje znowu takiej
analizy porównawczej......
" Z kupnem samochodu jest prawie tak , jak z
małżeństwem. Kto nie chce mieć kłopotu,
bierze wóz nowy, solidnej marki, niczym
"pannę bez przeszłości", z dobrego
domu. Karoseria ładna, linia bez zarzutu, gang
dźwięczny, zapłon działa wybornie, luzu w
kierownicy ani śladu, no i kompresja oczywiście
pierwsza klasa. Ludzie przezorni nie kupują
nowych wozów i nie żenią się z pannami. Nie
lubią kota w worku. Wolą samochody używane.
Przystępując do rzeczy systematycznie, należy
podzielić je na trzy kategorie: auta wdowy, auta
rozwódki i auta złego prowadzenia.
MORAŁ ?..........................służę:
unikajcie kobiet lekkich obyczajów, rozwódek,
wdów i panien bez przeszłości. Z tym
spokojniejszym sumieniem kończę tym morałem,
iż wiem, że nie było jeszcze na świecie
morału, który by kogokolwiek odstraszył od
kobiety czy auta. Każdy urlop czy wycieczka
planowana jest pod kątem możliwości zobaczenia
lokalnych ekspozycji motoryzacyjnych.
Niespodziewanie spotkany na drodze zabytkowy
samochód często odmienia zamierzoną trasę
podróży. Czy to wszystko jest normalne ???
To wszystko razem świadczy, jak bardzo zmienia
się życie człowieka który zafascynuje się
historią motoryzacji. Odpowiedzialnie należy
więc ostrzec przed uleganiem tej
fascynacji.......ale z drugiej strony , prosze
popatrzeć na ten samochód to klasyczny
amerykanin rok 1960 seria 62 ..czyż można mu
nie ulec ??????
|